DFBG - Ultra Trail 2018


Pomimo tego, że od zakończenia mojej walki na trasie tegorocznego Ultra Trail w ramach Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich minęły dopiero dwa dni, miałem na temat tego biegu już milion różnych przemyśleń i jeszcze więcej z niego wniosków. Postaram się podzielić najważniejszymi z nich, a przy okazji opowiedzieć jak było. Działo się całkiem sporo, a ostatni weekend utwierdził mnie, że DFBG jest moim ulubionym festiwalem.

Przed biegiem

Do Lądka Zdrój wyjechaliśmy w piątek bezpośrednio po pracy z naszymi znajomymi. Naszym celem było jak najwcześniej dostać się na miejsce, odebrać pakiety i zająć sensowną miejscówkę na polu namiotowym, bo właśnie tam mieliśmy zamiar spać. Plan zatem był bardzo podobny jak przed rokiem. Całe szczęście wszystko poszło bardzo sprawnie i bez większego problemu był jeszcze czas na pizzę w jednej z lokalnych pizzerii.
Spać poszliśmy dość wcześnie, bo było chyba koło 22:00. Pobudkę miałem zaplanowaną na 4:30 rano i wtedy też zacząłem pakować wszystkie potrzebne mi na bieg rzeczy. W strefie startu pojawiłem się około 5:40. Sonia mogła spać dalej, bo startowała w Złotym Maratonie i Jej bieg zaczynał się dopiero o 10:00.

Pierwsze kilometry

Wystartowaliśmy dokładnie o 6:00. Początek dość mocny, ale po chwili powiedziałem sobie, że należy zwolnić. Odpuściłem gonienie czołówki i biegłem na około 7mej pozycji. Szybko okazało się, że był to trafiony wybór, bo grupa prowadząca zgubiła trasę już na 5tym kilometrze. Mi całe szczęscie udało się tego uniknąć. Już wtedy wiedziałem, że będę musiał później zadzwonić do Soni i przekazać Jej, że na trasie są podwójne oznaczenia, bo rozgrywane są także zawody rowerowe. Gdy się biegnie i zmęczenie narasta bardzo łatwo to przeoczyć.
Do pierwszego punktu docieram zdecydowanie za szybko. Jestem tym mocno zaskoczony, bo stało się to pomimo tego, że naprawdę starałem się nie szaleć. Widocznie nadal średnio mi to wyszło. Drugi odcinek biegnę bardzo zachowawczo, bardzo ostrożnie. Czuję się doskonalę i czerpię z tego biegu maksymalną przyjemność. Dużo się rozglądałem i podziwiałem piękną okolicę.

Droga na półmetek

Od drugiego punktu zacząłem delikatnie odczuwać nadchodzący upał. Na zegarku dochodziła już 9:00. Zacząłem dość dużo pić, bez tego nie byłoby szans na dalszą walkę na trasie. Nadal zajmowałem miejsce w pierwszej dziesiątce i czułem się doskonale. Wiedziałem także, że zajmuję drugie miejsce w mojej kategorii wiekowej. To mnie bardzo cieszyło, bo tak naprawdę to przyjechałem tutaj odbić sobie zeszłoroczne czwarte miejsce, właśnie w kategorii wiekowej. W międzyczasie wystartowała Sonia. Bardzo mocno trzymałem kciuki za Jej bieg - warunki były bardzo trudne i wiedziałem że 45km w tym upale to będzie trudne wyzwanie.

Dawać mnie ten Jawornik!

Na trzecim punkcie wita nas kolejna wspaniała ekipa wolontariuszy. Na poprzednich dwóch punktach oczywiście było podobnie. Organizacja na DFBG to najwyższa półka. Miłym akcentem był fakt, że czekał tam na nas także Piotr Hercog. Świetnie jest móc spotkać tak wielkiego Zawodnika oraz organizatora tego festiwalu w środku swojej walki.
Wybiegając na czwarty odcinek trasy zdawałem sobie sprawę, że będzie on najtrudniejszym ze wszystkich. Wiedziałem, że profil tego kawałka nie jest przyjemny, a dodatkowo nie można się zajechać, bo na następnym odcinku czeka na nas Jawornik - moje przekleństwo z 2017 roku. Niepotrzebnie zacząłem się oszczędzać, a później podjąłem dramatyczną w skutkach decyzję. Postanowiłem trzasnąć sobie kofeinę, żeby nieco się podładować. Niestety nie miałem ze sobą shota, który stosuję zawsze. Swoje zapomniałem zabrać z domu, a ten, który zakupiłem w Lądku okazał się zdecydowanie zły. Podstawowy błąd: nie używaj niczego, czego nie znasz.
Efekt był taki, że na 2km przed punktem kontrolnym serce waliło mi jak dzwon. Nie byłem w stanie zbiegać, bo myślałem, że zejdę z tego świata. Sam podbieg pod Jawonik nie był taki zły i myślałem, że najgorsze już za mną, że na punkcie kontrolnym udało mi się odpocząć i już będzie dobrze. Niestety nie było. Na zbiegu z Jawornika sytuacja się powtarzała, gdy tylko próbowałem dodać nieco gazu. To spowodowało, że odpuściłem zbieganie, a na ostatni punkt dotarłem strasznie wyczerpany + spadłem o jedno miejsce w generalce.

Do mety przez mękę

Ostatnie 12km to dla mnie horror. Kompletnie nie byłem w stanie podbiegać. Serce waliło jak oszalałe, a ciało się buntowało. Lekko zaczął pobolewać mnie żołądek, ale to był najmniejszy problem. Modliłem się o metę. Niestety mogłem tylko obserwować jak wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy. Spadłem o kolejne 3 pozycje, całe szczęscie wiedziałem, że moje drugie miejsce w kategorii wiekowej jest dość bezpieczne, bo udało mi się uzyskać 30min przewagi, gdy jeszcze dobrze się czułem. Marne było jednak to pocieszenie, bo na metę dotarłem o wiele później niż chciałem. Nawet podpięcie się pod zawodników z półmaratonu niewiele mi pomogło. I tak musiałem robić pauzę co kilka kroków żeby się uspokajać. Ostatecznie do mety dotarłem na 13tym miejscu open, 2gim w swojej kategorii, a mój czas to 7godz 42min. Udało się poprawić wynik z 2017 roku o całe 32minuty i to jest bardzo pozytywna wiadomość. Wiadomo, że był apetyt na więcej... no ale trudno.

Po biegu

Na mecie powitali mnie znajomi. Nie czułem się najlepiej, więc następne kilka godzin spędziłem po prostu leżąc. Czekałem na wieści od Soni, a przy okazji przekazywałem co u mnie. Spotkałem kilka znajomych twarzy, więc dochodzenie do siebie miałem nieco ułatwione. Ogólnie atmosfera po biegu była tak świetna, że wynagrodziła całe cierpienie podczas zawodów.

Podsumowanie

Chwilę po zawodach uważałem, że kompletnie nie nadaję się do tego całego ultra. Ciągle coś mi nie idzie, ciągle coś się dzieje. Teraz, po dwóch dniach, dochodzę do wniosku, że może tak ma być? Chyba nie można tak łatwo odpuszczać, zwłaszcza, że był to dopiero mój piąty ultra bieg. Tak długiego wysiłku nie da się nauczyć od razu - to wymaga czasu i ja muszę sobie tego czasu dać więcej. Mimo wszystko pierwsze 6 godzin sprawiło mi mega frajdę, trzeba zauważać te ogromne plusy ;) Czas poprawię w przyszłości, jestem tego pewny.
Najważniejsze to nie powtarzać ciagle tych samych błędów. Plusem jest na pewno to, że nauczyłem się już całkiem nieźle odżywiać i nawadniać. Podczas całego biegu czułem się od tej strony bardzo dobrze. Jest jeszcze kilka elementów, nad którymi muszę popracować, ale mam na to jeszcze kupę czasu! Czas na odpoczynek i biorę się do dalszej roboty!

Podziękowania i gratulacje

Na koniec chciałbym serdecznie pogratulować Soni. Pokonała swój pierwszy prawdziwy maraton górski po pięknej walce. Udało Jej się wyjść ze wszystkich kryzysów i pomimo ogromnego upało pokonać drugą część trasy o 13 minut szybciej niż pierwszą. W górach liczy się charakter! Jestem cholernie dumny!
Dalsze gratulacje lecą do wszystkich znajomych, którzy dzielnie walczyli na pozostałych dystansach podczas tego świetnego festiwalu. Mojemu Kompanowi z Babiej Góry, Mateuszowi, za pokonanie pierwszej setki! Jesteś Kozak! Pawłowi, mojemu Rzeźnickiego towarzyszowi, za poprawienie wyników i piękne wyniki na półmaratonie i Trojaku. Gratuluję też Pozostałym, boję się Was wymieniać, bo jest Was zbyt wielu!
Podziękowania małej Basi i Izie za cudowny weekend - nie mogę się doczekać następnego wyjazdu. Nie można pominąć tutaj także Organizatorów i Wolontariuszy oraz wszystkich Mieszkańców Lądka. Zamieniacie Waszą okolicę w stolicę ultra biegania na te kilka dni. Róbcie tak dalej, bo jest to serio niesamowite! Dzięki, że dajecie nam możliwość realizowania naszej pasji na tak dużym poziomie!

Ultra Trail 2018 - zapis mojego biegu