XIII Śląski Maraton Noworoczny Cyborg


Moją małą tradycją jest start w Śląskim Noworocznym Maratonie Cyborg. Dlaczego tak chętnie wracam na płaski, asfaltowy bieg? Tylko i wyłącznie z powodu bardzo ciekawego terminu. Bieganie 1go stycznia to wyzwanie przede wszystkim mentalne.

W tym roku okres przed biegiem był wyjątkowo zakręcony. Normalnie nie opisuję rzeczy nie związanych z samymi zawodami, ale tym razem były one niestety kluczowe. Wszystkie moje mniejsze lub większe problemy prywatne spowodowały, że grudzień był, powiedzmy sobie szczerze, nieprzebiegany. Niecałe 200km to bardzo słaby wynik dla mnie, ale nawet nie sam kilometraż jest problemem. Po prostu mało dni było aktywnych. Ciągle źle się czułem i musiałem odpuszczać kolejne treningi.
Jakby tego wszystkiego było mało, to ostatnie kilka dni byłem lekko przeziębiony. Czy może być gorzej? Pewnie może dlatego nie narzekałem, a po prostu spokojnie czekałem na te zawody. Dodam, że wszystkie zakłócenia kompletnie nie wpływały na mój plan. Chciałem pobiec w II zakresie, bez celowania w konkretny czas - po prostu miało być fajnie i dobrze.
Sylwestra spędzamy z Sonią zawsze bardzo spokojnie, więc rano wstałem wypoczęty. Czułem się nieźle, zwłaszcza w porównaniu do ostatnich kilku dni. Na starcie stałem całkiem pewny siebie - czułem, że jest siła. Zobaczyłem też kilka znajomych twarzy i wiedziałem, że będzie fajna zabawa.
Pierwsze kilometry to wręcz euforia w mojej głowie. Tempo oscylowało ciągle w okolicy 4 minut na kilometr. Wiedziałem, że jest to odrobinę za szybko, ale nie przejmowałem się tym. Miało być fajnie... i było. Przypomnę tutaj, że Cyborg to bieganie po pętli o długości 7km. 2 pierwsze pętle przeleciały mi bardzo szybko i bez najmniejszych problemów.
Trzecia pętla to pierwsze bóle, ale z drugiej strony świadomość, że mam już połówkę za sobą. Czas zaczął zwalniać, ale nadal było ok. Powiem szczerze, że byłem tym wszystkim nieco zaskoczony. Stawiałem, że od około połowy zacznie się niesamowita walka z samym sobą, a jednak jakoś to szło. W zasadzie do końca czwartej pętli wszystko było ok, a średnie tempo w tamtym momencie wynosiło 4:09 min/km.
Zostały 2 pętle do końca. Kompletnie nie wiedziałem który jestem, jak wygląda sytuacja na trasie, itd. Jedyne co widziałem, to fakt, że zaczynało coraz mocniej padać. W pewnym momencie złapał mnie pierwszy lekki skurcz. Deszcz zaczynał napierać coraz mocniej, a moje mięśnie powoli zamieniały się w skały. Zaczęło robić mi się zimno, ale czy można się temu dziwić? Jest styczeń, kilka stopi, ulewa. Byłem ubrany dość dobrze, ale na takie warunki ciężko się przygotować.
W pewnym momencie, dosłownie z kroku na krok... trzask! Koniec zabawy. Jak rażony piorunem straciłem wszystkie siły. Mięśnie kompletnie przestały pracować. Jedyne co mi pozostało to jakoś dotrwać do mety. W tym czasie starałem się pogodzić z faktem, że fajny wynik przepadł. Miałem na to sporo czasu, bo zostało jakieś 8km do końca.
Ostatnia pętla to agonia. Czas nie chciał płynąć, pojawiły się czarne myśli, ale jakoś się udało. Na mecie miła niespodzianką był fakt, że czekały tam Mama z Siostrą. Drugą niespodzianką była wiadomość, że jestem drugi. Drugi pomimo tak ciężkiego dla mnie biegu. Trochę mnie to pociesza, bo jednak okazuje się, że nie tylko ja dziś cierpiałem.
Pomimo wszystkich problemów, pomimo kiepskiego wyniku, pomimo tragicznego samopoczucia po biegu, dziś (czyli dzień 'po') doceniam wczorajszy wysiłek. Mimo wszystko było warto, bo największa wiedza i wartość zawsze płynie z porażki. Wyciągnę z tego odpowiednie wnioski, które wykorzystam w przygotowaniach do nowego sezonu.
Na koniec jeszcze gorące podziękowania dla Tomka, który obiecał i dotrzymał słowa i zjawił się wczoraj na trasie pomimo ulewnego deszczu. Dzięki!