Plany na przyszłość 11 Historia zawodów 89 Blog 124 Tatry 41 / 110 Góry w Polsce 1 Góry na Świecie 2 Sprzęt Statystyki

Rodzinny maraton w Krakowie


W Krakowie swój pierwszy maraton przebiegła Sonia, także ja walczyłem tam pierwszy raz z królewskim dystansem. W tym roku kolejne dwie bardzo bliskie mi osoby podjęły wyzwanie: Mama oraz Siostra. Miałem to szczęście, że mogłem Im towarzyszyć przez całą drogę i dokładnie obserwować cały przebieg tej skróconej wersji całego naszego życia.

Ostatnie zdanie wstępu wytłumaczę na sam koniec. Na razie skupię się na tym, co jest tutaj najważniejsze.

Sobota

Wyjeżdżamy do Krakowa koło południa w doskonałych humorach. Mama chyba lekko zestresowana, Siostra na pewno mocno ciekawa jak to będzie. Ja byłem bardzo spokojny, bo wiedziałem, że damy radę.
Spanie mieliśmy załatwione u naszego kuzyna Maćka - wielkie dzięki raz jeszcze. To bardzo fajny bonus od życia, że mogliśmy się wyspać w bardzo fajnych warunkach i odpowiednio przygotować się do walki. Pakiety poszły nam bardzo sprawnie, bo w biurze zawodów byliśmy dość wcześnie. Po odbiorze pakietów oczywiście napchaliśmy się pizzą. Wieczorem uratowałem (odebrałem) jeszcze jeden zbłąkany pakiet kolejnej debiutantki: Siostry Violi :)
Przed samym spaniem wyskoczyliśmy na jeszcze jedną pizzę - tak na wszelki wypadek. Najważniejsze to mieć pewność, że nie braknie paliwa.

Niedziela

Rano wstaliśmy przepełnieni przeróżnymi emocjami. Po szybkim śniadaniu udaliśmy się na spacer w kierunku krakowskiego rynku. Tam od razu spotkaliśmy pierwszych znajomych oraz... moją ulubioną masę kibelków. Po całej serii zdjęć, ostatnich rozmowach i innych wymaganych czynnościach, udaliśmy się na start. Tam zaskoczyło nas lekkie zamieszanie: nikt w sumie nie był pewny, w którą stronę jest start. Spowodowało to piękne wymieszanie się grup tempowych oraz Pacemakerów. Niezłe jaja :)
Sam bieg wyszedł nam idealnie wedlug planu, który ułożyłem sobie w głowie już kilka tygodni przed biegiem. Zależało mi na zrobieniu super zapasu, zbudowaniu komfortowej (jeżeli chodzi o czas) sytuacji dla Mamy. Także zgodnie z tym zaczęliśmy w tempie Jej półmaratonów. Urywaliśmy spokojnie kolejne kilometry, pomimo palącego słońca i ogromnej wpadki organizacyjnej, czyli braku wody na kilku punktach. Nie będę ukrywać, że troszkę nam to utrudniło zadanie. Całe szczęście co jakiś czas udało nam się dorwać co nieco i przetrwaliśmy. Pierwsze 30km to bardzo stabilna sytuacja na trasie. Mama i Olga biegną swoje, ja się martwiłem o picie i jedzenie. Na każdym punkcie zbierałem co potrzeba i podawałem reszcie składu w odpowiednim czasie. Od 30km Mamuśka ogłosiła, że jest zmęczona i musimy pospacerować. Jako, że dokładnie taką sytuację zakładał nasz plan, spokojnie przeszliśmy do marszu i zaczęła się walka o urywanie każdego z ostatnich 12195m. W tym czasie mieliśmy okazję poznać kilku ciekawych biegaczy, co nieco pogadać, pośmiać się i powoli zbliżać do mety.
Jako, że pierwszy maraton to bardzo wyjątkowe wydarzenie, czas uciekał bardzo szybko i nawet nie wiedziałem kiedy znaleźliśmy się na ostatniej prostej. Tłumy kibiców, niesamowity doping i ogólnie świetna atmosfera, spowodowały, że Mama jeszcze znalazła w sobie resztki sił i ostatnie kilkaset metrów przebiegła prawdopodobnie szybciej niż początkowe metry, na których pędziła jak szalona. Wszystko to oczywiście w towarzystwie Olgi, która bardzo dzielnie znosiła trudy tego wyzwania.

Za linią mety

Przyszedł ten upragniony moment, kiedy wreszcie można było zwolnić, przestać gonić i odpocząć. Nie obyło się bez łez szczęścia, bo maraton to naprawdę trudne wyzwanie. Zrealizowane potrafi zmienić człowieka. To, że jestem dumny, to jest chyba oczwiste. Niesamowicie cieszę się, że Dały radę, że podjęły rękawice i dotarły do końca. Po drodze do domu pojawił się nawet temat kolejnych maratonów. Oprócz tego była oczywiście też kupa śmiechu i radości. Nie pozostaje mi nic innego jak znowu pogratulować i życzyć miłego tygodnia szeryfa.
Oczywiście oferuję swoją pomoc w kolejnych startach :)

Wracając teraz do ostatniego zdania ze wstępy. Tak sobie pomyślałem, że maraton, to skrócona wersja życia. Na początku wszystko jest pięknie, wydaje się proste, później jest coraz trudniej. W pewnym momencie robi się cholernie ciężko, ale na końcu jest przeważnie piękne zakończenie. Tego chyba wszystkim życzę: pięknych zakończeń wszystkich podjętych trudów. Gratulacje raz jeszcze dla Mamy i Siostry, ale także wszystkich, którzy odważyli się stanąć na starcie tego, czy każdego innego maratonu! :)

Mama o maratonie: Biegam regularnie 2 lata i 3 miesiące. Nie osiągam żadnych biegowych sukcesów. Zanim z inicjatywy moich dzieci zapisałam się na maraton brałam udział w kilku zawodach na różnych dystansach ( najdłuższy, to półmaraton). Te zawody to też pomysł dzieci. Parę miesięcy temu zaprzyjaźniona grupa biegowa Night Runners Gliwice zbierała grupę osób chętnych na wyjazd na 17. PZU Cracovia Maraton. Wcale nie byłam zachwycona tym pomysłem, bo zdawałam sobie sprawę jak trudne to dla mnie wyzwanie. Rozpoczęłam w miarę solidne treningi, zwiększyłam ich ilość. Robiłam długie wybiegania, treningi interwałowe, podbiegi. Całą zimę, niezależnie od pogody systematycznie trenowałam. W marcu z córką Olą wybrałam się na trening – długie wybieganie. Przebiegłyśmy 30 km. Od tego momentu myśl o maratońskim dystansie była przerażająca. Byłam zmęczona, obolała. Ostatnie 2 km nie mogłam zmusić nóg by stawiały poprawnie kroki. Karol obserwował nasze zmagania. Ola radziła sobie bardzo dobrze. Ja bardzo poważnie myślałam o rezygnacji ze startu w maratonie. Kilka dni przed startem przeczytałam relację z poznańskiego półmaratonu, na którym pogoda dała w kość biegaczom. Pojawiły się informacje, że wiele osób nie dotarło do mety. Byłam prawie pewna, że ja nie dam rady jechać na te zawody. Dzieci powiedziały, żebym wyłączyła komputer i nie marudziła. Pojechaliśmy. 22 kwietnia stałam z Olą i Karolem wśród ponad 6000 biegaczy w odpowiedniej strefie czasowej. Na trasie biegu Karol pilnował tempa, podawał wodę, izotoniki, czekoladki, cukier, glukozę. My biegłyśmy. Wysoka temperatura i palące słońce było dodatkowym utrudnieniem. 30 km pokonałam tempem dla mnie szybkim. Poprawiłam swój czas przebiegnięcia półmaratonu. Dzieci biegły co chwilę przede mną i zmuszały , by próbować dorównać im tempa. Wszystko było zaplanowane, tylko ja nie wiedziałam dlaczego tak pędzimy. Doświadczenie Karola i jego odpowiednie kierowanie pozwoliło mi dotrzeć do mety. Kibice na trasie niesamowicie motywowali do walki. Piękne doświadczenie i ogromna radość, że dałam rady. Bolała mnie każda część mojego ciała. Pierwsza noc po maratonie była nieprzespana. Ból nie pozwalał się poruszać. To jednak nie miało znaczenia – było wliczone w koszty tego przedsięwzięcia. Spotkałam się z opiniami, że w takim tempie jak ja to maratonu nie powinno się biegać. To kiepskie, spacerowe tempo. Dla mnie to nie był spacer, tylko ogromny wysiłek. Kolejny raz dziękuję moim dzieciom za to, że pomogły mi zostać maratończykiem.
 

Zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku.

Zostaw mi komentarz! Będę bardzo wdzięczny ;)


Komentarze

Użytkownik Tekst Data dodania
Przemek Czuba Jeszcze raz gratuluję! Ale z tym brakiem wody to wpadka potężna! Przy takiej pogodzie mogło niejednego wykosić. Tym bardziej szacunek i gratulacje! :) 2018-04-24
Marcin Furman Wspaniała relacja. Gratuluję Tobie i calej ekipie ukończonego maratonu. Sam też biegłem. .. i powodzenia w przyszłym bieganiu. Do zobaczenia gdzieś może. .. na trasie jakiegoś ultra. Od dłuższego czasu obserwuję i bardzo podziwiam Twoją sylwetkę. Serdeczn 2018-04-25