Beskidy Ultra Trail, czyli 40km w domu!


Medycyna zna przypadki nagłego zapomnienia jak się chodzi. Nie jestem jednak pewny czy zna przypadki, gdy dzieje się to regularnie. Czy powinienem się martwić? Na to pytanie odpowiem sobie dopiero jak mi się znowu przypomni jak się to robi, bo teraz i tak nie mam jak się udać do żadnego specjalisty.

Start w Beskidy Ultra Trail na dystanie 40km zaplanowałem już rok temu, w drodze powrotnej z dyszki, którą wtedy tam biegłem. Pomimo, że mam już na koncie trochę biegów na takim lub dłuższym dystansie, ten był wyjątkowy. Trasa prowadziła po terenie, który w większości znam jak własną kieszeń. Nie ukrywam, że było to spore ułatwienie, bo doskonale wiedziałem jak porozkładać sobie siły. Jedyną niewiadomą był dla mnie zbieg ze Skrzycznego - później się okazało, że był to najzabawniejszy fragment, ale o tym może później.
Fajną sprawą było to, że przed startem dobrze pospałem. Byliśmy w Brennej już od piątku, więc do Szczyrku było dość blisko. Na starcie znajome twarze: Daniel i Mariusz. Liczyłem na fajną rywalizację między nami i nie zawiodłem się. Od samego początku wyrwaliśmy do przodu, a pierwszy raz mogliśmy się zgubić już na głównej ulicy Szczyrku. Tutaj ukłon w stronę tej świetnej znajomości trasy.
Dalej było już łatwiej. Zaczął się asfaltowy podbieg w kierunku Klimczoka, na którym szybko straciłem kontakt z Mariuszem, który tego dnia był po prostu poza zasięgiem. Nawet nie próbowałem Go gonić, tylko zająłem się realizacją swojego planu. Przez następne kilkanaście minut biegłem (lub podchodziłem) w towarzystwie nieznajomego biegacza z Częstochowy. Daniel cały czas pozostawał lekko z tyłu, ale było to powiedzmy maksymalnie 30sekund. Dalej nie było już nikogo widać.
Przed samym Siodłem pod Klimczokiem udaje mi się urwać goniącej mnie dwójce i na odcinku między szczytem Klimczoka, a Błatnią, leciałem sobie radośnie w mega gęstej mgle oraz kiepskiej widoczności przy dźwiękach Psycho zespołu Muse. Aye Sir! krzyczane tam wielokrotnie jakoś tak nie pozwalało mi zwalniać.
W okolicy schroniska na Błatniej wpadłem w sporą grupę zawodników z dystansu 60km. Wyprzedzanie ich na kamienistym zbiegu przy dźwiękach wyżej wspomnianego utworu sprawiało mi tak niesamowitą radochę, że średnie tempo tego odcinka wyniosło 3:36min/km. Za głupotę się płaci, więc na punkt w centrum Brennej dobiegałem nieco oszołomiony.
Tam bardzo szybko dochodzę do siebie, bo spotykam Rodziców Soni. Szybkie przywitanie sprawia, że endorfiny znowu szaleją w mojej głowie i bez zabierania czegokolwiek pędzę na podejście pod Horzelicę. Tam zaczyna się lekka masakra. Łapię pierwszy tego dnia kryzys, gaszę muzykę i obrażam się na cały świat. Idę ponury, świat, który mnie otacza też jest ponury, ale i tak nie potrafi między nami zaiskrzyć. Te stan utrzymuje się aż do Salmopolu...
Salmopol to drugi punktu kontrolny tego dnia. Ciągle jestem drugi, ciągle dostaję info, że Mariusz daleko z przodu, ciągle mam doła. Na podejściu pod Malinów dostrzegam, że zaraz za mną jest trzeci zawodnik - był to ten biegacz z Częstochowy, którego nie znałem. Pomyślałem sobie, że to trochę słabo, że przepierniczyłem całą przewagę.
Niestety dla Niego tego dnia postanowiłem być drugi na mecie. Zacząłem podchodzić trochę śmielej, chmury się rozeszły i zobaczyłem ładny widok w kierunku Malinowskiej Skały. W międzyczasie spotkałem jeszcze znajomego Szymona, który kilkoma okrzykami zmotywował mnie do dalszej walki. Miałem wrażenie, że teleportowałem się na wspomniany przed chwilą szczyt. Czy to legalne?
Dalej było już tylko zabawniej. Ponad połowa biegu za mną, kryzys pokonany, a ja jestem w najbardziej widokowym miejscu trasy. Strzałem w dziesiątkę było puszczenie sobie wtedy Legendary w wykonaniu Welshly Arms. Dało mi to tak niesamowitego kopa, że zacząłem śpiewać i biec ile sił w nogach (ale niestety nie było ich już wiele) w kierunku Skrzycznego. Mijający mnie turyści robili duże oczy i ewidentnie myśleli, że gość oszalał. Nie przejmowałem się tym za bardzo i chwilę później zbiegałem już stokiem z najwyższego szczytu Beskidu Śląskiego, a za mną baaaardzo daleko nie było widać nikogo.
Nogi miałem już tak zmasakrowane, że styl mojego zbiegania musiał wyglądać komicznie. Ważne, że było skutecznie, bo ciągle zachowywałem realne szanse na złamanie 4godz. Nagle niestety na mojej drodze wyrosło przedostatnie podejście, które na odprawie było dość długo omawiane. Usłyszałem tam, że miało ono odebrać mi nadzieję, ale nie miałem zamiaru się poddać.
Miejscami na kolanach, z wieloma przerwami, ale poruszałem się do przodu. Dotarcie do szczytu dało mi ogromną satysfakcję i zacząłem znowu żyć. Zbieg i nagle jestem w znajomym terenie. Ostatni fragment trasy pokrywał się z dyszką, którą wygrałem tutaj w 2017 roku. Doskonale wiedziałem co mnie czeka i cierpliwie podchodziłem lub podbiegałem w kierunku przełęczy Siodło. Gdy tam dotarłem wiedziałem, że już nic mnie nie powstrzyma.
Ostatni zbieg to coraz większy banan na twarzy, coraz szybsze tempo i ogromna radość, że nareszcie biegam po górach 40km średnim tempem poniżej 6min/km. Na mecie czeka na mnie oczywiście Sonia! Niesamowite jest to, że od razu razem możemy świętować ten kolejny mały sukces. Drugie miejsce to jedno, ale wynik 3godziny 56minut i 24sekundy to spełnienie kolejnego biegowego celu. Wiem, że wszystko idzie w dobrą stronę, a będzie jeszcze szybciej! Tym pozytywnym akcentem kończę tę opowieść i idę dalej uczyć się chodzić.
Dziękuję za wszystkie trzymane kciuki, a na koniec gratuluję Mariuszowi i Danielowi niesamowitych wyników. Fajnie było Was spotkać! Mam nadzieję, że szybko znowu przyjdzie nam się gdzieś pościgać :)

Zapis moich zmagań