XX Bieg na Pilsko


Rok temu wiele różnych czynników poskładało się tak niefortunnie w jedną całość, że nie mogłem wystartować w praktycznie żadnym fajnym biegu alpejskim. W tym roku pandemia próbowała znowu pozbawić mnie tej przyjemności - całe szczęście nie udało jej się to! Mam za sobą wspaniały bieg na Pilsko na nowej, świetnej i bardzo wymagającej trasie.

Do Korbielowa jechałem sam z Brennej. Miałem więc dość blisko, niestety nietypowo - bo bez Soni. Skoro nie mogła mi towarzyszyć na biegu, to jeszcze przed wyjazdem zmotywowała mnie do walki na trasie
Dalej poszło już z górki. Podróż minęła szybko i sprawnie przy ciężkich brzmieniach z głośników. Byłem odpowiednio nastawiony do tego biegu.
Przed zawodami miałem sporo czasu na spacerowanie, rozmowy ze znajomymi i ogólne wyciszenie się przed nadchodzącą burzą. Miałem świadomość, że na trasie przyjdzie mi walczyć ze sporą grupą zawodników o wiele lepszych ode mnie, a to chyba pozwoliło mi zachować wyjątkowo duży spokój przed startem
Wiedziałem, że tego dnia mogę sporo wygrać, a tak naprawdę bardzo niewiele przegrać - czy to nie brzmi jak układ idealny?! Chyba troszkę tak ;)
Pandemia koronawirusa spowodowała, że startowaliśmy w kilku falach. Najwcześniej startowali juniorzy, M20 i moja kategoria M30. Pozostali w 30minutowych odstępach. Dobiegnięcie na odpowiedniej pozycji w swoim biegu gwarantowało sukces zatem tylko w kategorii wiekowej. Jeżeli ktoś liczył na więcej, to musiał czekać na wyniki z pozostałych fal.
Ja od samego początku nie szarpałem, tylko biegłem swoim tempem. W moim pobliżu cały czas trzymało się kilku zawodników, w tym kolega Radek. Z przodu, daleko przed nami, nieosiągalna trójca: Marcin, Tomasz i Bartosz. Nawet nie myślałem o tym żeby próbować się do nich zbliżać. W zasadzie to krótko po starcie nam uciekli i tyle było Ich widać.
Mniej więcej w połowie biegu spadłem na 5tą pozycję, a na moich plecach cały czas był Radek i jeszcze jeden zawodnik. Całe szczęście moje samopoczucie było doskonałe.
Za jednym z zakrętów zbliżyłem się ponownie do 4tej pozycji, a jednocześniej niedaleko przed sobą zauważyłem Bartosza. Od razu pomyślałem, że strata jest niewielka, a miałem wrażenie, że nawet dość sprawnie odrabiam straty. Chwilę później atakowałem już to wymarzone 3cie miejsce, o którym przed biegiem bałem się nawet myśleć.
Do Hali Miziowej po prostu leciałem. Odzyskałem wszystkie siły i wydawało mi się, że bieg dopiero się zaczynał. Ścianę powyżej Hali Miziowej pokonałem podchodząc, ale robiłem to na tyle sprawnie, że na ostatniej prostej do mety miałem bezpieczną przewagę nad Radkiem i resztą stawki.
Na metę wpadłem bardzo zmęczony, cholernie szczęśliwy, z niesamowitym dla mnie czasem: 46:44. Po chwili dotarło do mnie, że stanę na podium w kategorii, a po następnych kilkudziesięciu minutach okazało się, że OPEN także!
Po biegu zrobiliśmy sobie małą dobitkę z Adamem i Radkiem. Humory nam dopisywały - w końcu było co śwętować! To był mega udany bieg, mega udany dzień. Widzę progres w swoim podbieganiu, mam nadzieję, że to dopiero początek :) . Bardzo dziękuję za wsparcie!