Plany na przyszłość 21 Historia zawodów 82 Blog 103 Tatry 40 / 110 Góry w Polsce 1 Góry na Świecie Projekty 2 Sprzęt Statystyki

Bieg 7 Dolin


Festiwal Biegów w Krynicy! Trzeci raz tam zawitałem, zawitam jeszcze wiele razy (mam nadzieję). Tym razem porwałem się z motyką na słońce i poleciałem cały dystans Biegu 7 Dolin, czyli magiczne 100km!

Krótki wstęp

Bieg 7 Dolin, nawet nie wiem od czego zacząć kiedy o nim pomyślę. Wczorajszy dzień był gruby - działo się tak wiele ciekawych rzeczy ze mną, że chyba w tydzień nie dałbym rady tego opisać. Zacznę tak: mam wszystkie cholerne punkty, które potrzebuję do udziału w losowaniu miejsca w Biegu Ultra Granią Tatr. Cieszę się jak diabli :) . Zostałem nienormalnym setkowiczem, ale mimo wszystko serdecznie polecam, bo uczucie osiągnięcia mety jest niesamowite.
Krynica zawsze daje się lubić i w tym roku było podobnie. W piątek bardzo sprawnie odebraliśmy z Sonią pakiety, później zjedliśmy naszą ulubioną pizzę i poszliśmy się obijać. Sonia leciała 34km, więc mogła chociaż troszkę pospać, ja wstawałem o 1:00 i godzinę później byłem już w drodze na start.

Piękny złego początek

Pomijam wszystkie zbędne szczegóły i przechodzę do konkretów. Bieg tak naprawdę zaczął się mocno, o wiele za mocno. W głowie miałem plan, aby biec tak, jak serce mi podpowiada. Tak też zrobiłem - nie szarpałem, nie obijałem się, tylko po prostu sobie leciałem. Pierwsze 2-3 godziny było ciemno, nie pamiętam kiedy zrobiło się na tyle jasno, że pozbyłem się czołówki. Radosny bieg przez piękny las okazał się morderczy. Do pierwszego punktu pomiarowego na 22km dotarłem coś za szybko. "Cholera, już punkt?!" - taka była moja reakcja. "No ok, skoro idzie tak dobrze to należy się cieszyć". ;) NIE! Nigdy nie należy się z tego cieszyć na początku biegu. Kiedy postanawiam nieco zwolnić, akurat chwilę później łapię się biegacza Sylwka. Czas miło mija nam na rozmowie - wymieniamy się doświadczeniami, a Sylwek okazuje się bardzo mocnym zawodnikiem. Świetnie było posłuchać kilku opowieści, ale tempo jakoś znowu dziwnie za dobre. Nie minęła nawet chwila i jesteśmy... w Rytrze! "Kurna, serio jest dobrze.". Na punkcie spędziłem 5minut. Wypiłem ciut magnezu, zjadlem kilka różnych owoców, jakieś tam inne rzeczy i poleciałem powoli dalej. Ten pierwszy odcinek uważałem za najłatwiejszy i rzeczywiście taki w mojej ocenie był. Bardzo dużo przyjemnego terenu do biegania. Fajne, bardzo szybkie zbiegi i dość łatwe podejścia. W zasadzie była to po prostu przyjemność ;)

Byle do Piwnicznej

Zabawa zaczęła się po wyjściu z Rytra. Na początek, dobrze znane mi z tamtego roku, podejście! Poszło mi całkiem sprawnie i bez większego bólu. Do punktu pod schroniskiem wszystki było pięknie. Męka zaczęła się kawałek później. Dystans maratoński mijam w około 4godz i 50min. Wtedy dopada mnie kryzys. Nie ogarnąłem tego psychicznie i dopuściłem do siebie myśli, że jestem zmęczony, że jeszcze tyle godzin biegu itd. Próbowałem jakoś ratować sytuację marszobiegiem, większą ilością płynów, częstszym jedzeniem, ale nic nie pomagało. Jak już na chwilę do siebie dochodziłem, to po kilku minutach znowu czułem się okropnie. Po prostu odechciało mi się biegać :) Przez jakiś czas wmawiałem sobie, że jak wejdę na Radziejową... "To dalej biegnę i nie ma, że boli". Nie pobiegłem. No dobra chwilowo gdzieś tam dreptałem, w międzyczasie spotkałem kolegę Bartłomieja z Gliwic. Chwilę spędziliśmy na wspólnym biegu, ale ostatecznie zostałem z tyłu. Nie byłem w stanie się zebrać i biec jakoś sensownie. Zacząłem się modlić o dotarcie do Piwnicznej, a czas niestety się jakby zatrzymał. Na ostatnim zbiegu spotykam ponownie Sylwka, który mówi, że ma problemy i raczej odpuści w Piwnicznej dalszą walkę. Taka informacja nie była dla mnie za dobra, bo też nie czułem się świetnie :/ Wiedziałem jednak, że nie odpuszczę - to nie przeszło mi nawet przez myśl.
Pomiędzy tą całą masakrą byłem w kontakcie z Sonią, która właśnie z Piwnicznej miała niebawem startować w swoim biegu. Przepięknym momentem była chwila, gdy jakieś kilkaset metrów przed punktem mogliśmy się zobaczyć. Chociaż na chwilę zapomniałem o tej całej gonitwie. Pogadaliśmy, w międzyczasie próbowałem się jakoś ogarnąć do dalszej wycieczki. Uzupełniłem płyny, co nieco zjadłem i niestety musiałem ruszać dalej.

Piekło, agonia, rozpacz

Historia lubi się powtarzać, ale jednak nie do końca ;) Rok temu prawie straciłem życie goniąc Sonię na tym odcinku. Tym razem to ja uciekałem, ale życie także prawie straciłem. Z Piwniczej wyruszyłem około 40minut przed startem biegu na 34km. Bartek Przedwojewski, który wygrał ten bieg, dogonił mnie jeszcze na betonowych płytach, około 5km dalej. Ruszałem się jak mucha w smole. To podejście zabrało mi resztki sił. Najgorsze było to, że zejście nie było w ogóle łatwiejsze. Miałem wszystkiego serdecznie dość. Co jakiś czas próbowałem co nieco pozbiegać i jakoś dotarłem do kolejnego puntku. Za nim czekało na mnie cudowne podejście pod stok. Chyba każdy miło je wspomina :) Na szczycie, czyli już po tej przyjemności, jaką niewątpliwie jest ta wspinaczka, spotkałem osobę, z którą miałem przyjemność walczyć już do końca. Biegacz Łukasz uratował mi tyłek wielokrotnie. Motywowaliśmy się do biegu, kiedy tylko było to możliwe. Zbieg do Szczawnika, to było czyste szaleństwo. Tam miałem okazję chwilę pogadać z moim rzeźnickim partnerem Pawłem, który oczekiwał na swój start na 17km. Dzięki Paweł za dobre słowo! Większość czasu do mety spędziliśmy już w marszu, ale jednak biegowo też co nieco się udało. Dzięki Łukasz za tą fenomenalną walkę. Pomimo tego, że kilometry praktycznie zatrzymały się w miejscu, ostatecznie udało nam się dotrzeć na ostatni szczyt - Runek. Później pozostało już tylko dostać się na metę :)

Podsumowania czas

Wbiegania na metę opisywać nie będę. Było tak niesamowite, że szkoda próbować - to po prostu trzeba kiedyś przeżyć. Meta w Krynicy jest wspaniała. Ciężko w sumie opisać także emocje towarzyszące człowiekowi w takiej chwili. Walczyłem na trasie przez 14godzin i 34minuty. 8minut 44sekundy średnio zajął mi każdy z pokonanych 100km. Na trasie przeżyłem 100 upadków, po to aby 101 wstać i dobiec do mety. Zaraz za mną pojawiła się na niej także Sonia i mogliśmy wypić wspólnie bezalkoholowe piwo, które przez 15minut wydawało mi się mocno alkoholowe. Dziękuję serdecznie wszystkim za trzymane kciuki, za smsy, których było bardzo dużo, za wsparcie, za dobre słowo i wszystko co pomagało mi się przemieszczać. Zrealizowałem swój cel na ten sezon. Gratuluję wszystkim, którzy także wczoraj walczyli, także wygrali, także pokonali swoje słabości. Wczorajszy bieg był dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem. Wyciągnę z niego na pewno tonę wniosków i wykorzystam je w przyszłości. Do ultra biegania wracam w przyszłym sezonie! Teraz idę ciut odpocząć.
Do zobaczenia na kolejnych zawodach!
 

Zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku.

Zostaw mi komentarz! Będę bardzo wdzięczny ;)