Ruszyliśmy Tyłek w morderczy Beskid Żywiecki... aż na Muńcuł!


Wolna sobota, brak planów, nie ma co robić? Chyba powoli zapominam co to znaczy. Gdy tylko znajdzie się mała luka w obowiązkach, szybko się pakujemy i ciśniemy gdzieś polatać. Dziś wycieczka biegowa z Michałem. Były góry, była zabawa, biegania nie było?! Ale jakto?! A no tak...

Planowaliśmy z Michałem (zapraszam na Jego profil na fejsiku) ten wypad od dłuższego czasu. W ostatnich dniach zdecydowaliśmy, że jedziemy w Beskid Żywiecki. Wybraliśmy bardzo fajną, 24ro kilometrową trasę, dogadaliśmy się co i jak i plan gotowy. Miało być bardzo spokojne tempo, co by dało się trochę pogadać, pooglądać widoki i takie tam. Wszystko zapowiadało się genialnie, nawet chmury rozeszły się gdy zbliżaliśmy się powoli do Soblówki. W Rajczy mijamy zawodników szykujących się do startu w kolejnej edycji Wilcze Gronie. W tym roku postanowiłem odpuścić ten start, ale bardzo miło wspominam moje dwie stoczone walki na tej trasie.
Nareszcie docieramy na miejsce, szybko się przebieramy i akcja! Początek to bardzo przyjemny, delikatny podbieg. Sniegu mało, podziwiamy otaczające nas góry i w ogóle nie spodziewamy się tego co czeka nas dalej. Ciśniemy, robi się kosmicznie ciepło. Temperatura trochę wiosenna, ale to nawet dobrze. Dzięki temu było bardzo przyjemnie, tylko trochę źle się ubrałem, ale mniejsza o to. Nagle docieramy do mocnego zakrętu, tam przeskakujemy przez mały strumyk i zaczyna się zabawa :) Nie spodziewałem się, że ta 'zabawa' tak długo nie będzie chciała się skończyć.
Na początek mocne podejście, w śniegu po kolana. Już było ciężko, a to dopiero rozgrzewka. Później szlak robi się bardzo wąski, zauważamy tylko JEDNE świeże ślady. No ok, czyli takich wariatów jak my nie ma tutaj zbyt wielu. Napieramy pod górę, co chwilę robiąc krótkie przerwy. Po paru minutach gotujemy się, słońce mocno pracuje, a my nadal walczymy w tym śniegu. Co jakiś czas przekraczamy strumyk oraz... zapadamy się powyżej kolan. Już wtedy zdaliśmy sobie częściowo sprawę, że zrobienie całej zaplanowanej trasy w takich warunkach to misja na Marsa. No dobra, docieramy do drogowskazu i lecimy w prawo (no przecież, że nie w lewo :P). Śniegu coraz więcej, my już mocno zmęczeni, jest czadzik. Po niesamowitej walce docieramy do Przełęczy Kotarz. Dalej kierujemy się w kierunku szczytu Muńcuł. To miała być taka lekka odnoga naszej trasy, później powrót do tej samej przełęczy i mieliśmy kierować się dalej prosto. Z planu nic nie wyszło, ale o tym za chwilę. Po mocnym początku, na chwilę robi się płasko i mniej śniegu. Przebiegliśmy może z 200m (chyba przegiąłem) i znowu to samo. Po chwili myślimy, że to już szczyt, nawigacja szybko wyprowadza nas z błędu. No to lecimy... dalej. Dramat zaczął się na sporej Hali. Śniegu po pas, ale szczytu nie odpuściliśmy. Jakoś się przedostaliśmy i jesteśmy!!! Niepozorna góra, a dała nam tak popalić, że stwierdziliśmy, że to koniec i wracamy tą samą drogą do samochodu. Zmęczeni, przeciorani, z milionem gleb na koncie wracamy do domu. Ale nie na tarczy, to był powrót z tarczą. 3 godziny walki w śniegu dało piękny trening dla nóg. Przy okazji mocny trening charakteru, bo zimno, wszystko przemoczone, a każdy krok sprawiał duży kłopot. Utargaliśmy 12km w tym piekiełku. Dzięki Michał za super spędzony czas, a zaplanowaną trasę jeszcze zrobimy. Co nas nie zabije, to nas wzmocni, góry uczą za każdym razem czegoś nowego :) Do następnego!