Nocne przygody w Besançon


Przy odrobinie chęci nawet delegację z pracy można wykorzystać w odpowiedni sposób i zobaczyć coś ciekawego. Całe szczęście podczas mijającego tygodnia byłem odpowiednio zmotywowany i udało mi się zwiedzić kilka nowych, bardzo ładnych i ciekawych miejsc. Ostatnie kilka dni spędziłem we francuskim miasteczku Besançon, położonym nad rzeką Doubs.

Zwiedzanie Besançon było lekko utrudnione ponieważ zaczynaliśmy pracę wraz ze wschodem słońca, a kończyliśmy ją razem z zachodem. Od samego początku wiedziałem, że muszę zaprzyjaźnić się z wczesnym wstawaniem, czołówką i tutejszymi zwierzętami.
Pierwszego dnia wybiegłem z hotelu troszkę nieśmiało. Miejscówka była genialna, bo w samym centrum miasta. Dzięki wcześniejszemu zapoznaniu się z mapą wiedziałem że biegnąc wzdłuż rzeki dotrę do drogi prowadzącej na pierwsze interesujące mnie wzniesienie, czyli Fort de Chaudanne. Z powodu bardzo wczesnej pory (wybiegałem około 5:30) wszystkie światła były zgaszone, na szczycie panował totalny mrok, a fort widziałem tylko dzięki słabemu światłu z czołówki. Widok na miasto był jednak cudowny. Po chwili przerwy zbiegłem wąską ścieżką leśną, na której nie zaliczyłem gleby - było to mega duże osiągnięcie. Następnie udałem się w kierunku Cytadeli, kolejny raz łapiąc piękny widoczek na miasto i troszkę pokręciłem się po centrum.
Drugiego dnia wybrałem się na Fort de Rosemont. Wzniesienie przyciągneło mnie swoim kształtem - bardzo lubię takie piękne stożki. Niestety nie miałem szczęścia do pogody i z fajnego zwiedzania góry, zrobiła się walka o przetrwanie. Widoczność w lesie spadała miejscami do metra, a spora ilość otaczających mnie zwierząt wcale nie pomagała w posiadaniu dobrego samopoczucia. Po dotarciu na dół w sumie czułem lekką ulgę - chyba nie tak to powinno wyglądać. Może jeszcze kiedyś wrócę na Rosemont i wyrównam z nią rachunki.
Trzeciego dnia rano, nieco zniechęcony przygodami na Rosemont, poszedłem zrobić klasyczne podbiegi na Rue de Chaudanne, czyli najbardziej stromym odcinku drogi prowadzącej do Fort de Chaudanne. Wbiegłem sobie tam spokojnie 10razy, co pozwoliło mi nastukać około 700m przewyższenia - nieźle! Prawdziwa atrakcja, jednocześnie punkt kulminacyjny całego wyjazdu czekał na mnie jednak w południe. Ekipa biegaczy z firmy, w której przebywam, zabrała mnie ze sobą na wycieczkę w kierunku Arguel. Biegliśmy pięknym lasem, pokazali mi jaskinię, ruiny zamku, spektakularne widoki, ścieżki, urwiska, a to wszystko w niecałe 2 godziny. Bajka!
Wydaje mi się, że warto było spać trochę mniej. Dostałem za to bardzo fajną nagrodę, czyli wiele świetnych wspomnień z nowych miejsc. W mieście jest jeszcz kilka fajnych miejscówek, które chciałbym móc kiedyś odwiedzić. Może się uda? Kto wie :)

Galeria zdjęć