Grivel Babia Góra Virtual Challenge


Każdy już chyba chociaż odrobinkę tęskni za rywalizacją sportową z innymi zawodnikami. Pomimo tego, że wielu ten rok już spisało na straty, pomimo tego, że na pewno nie będzie on tak fajny pod względem sportowym, jak chcielibyśmy żeby był, to nie ma się co załamywać. Organizatorzy biegów zapewniają nam cały czas nieustanną motywację do treningów i utrzymania formy na najwyższym możliwym poziomie.

Nie inaczej było w przypadku Organizatorów Ultramaratonu Babia Góra. Jako, że w pierwotnym terminie zawody się nie mogły jeszcze odbyć, to ogłoszono konkurs na najdłuższy przebiegnięty dystans oraz... na największą ilość przewyższenia. Pierwsza opcja nie była dla mnie kusząca, ale druga?! No bajka. Limit czasowy może nie bardzo pode mnie, a w zasadzie to wcale, ale co mi tam. Zawodnicy ustalili, że ścigamy się przez 10godzin.
Jako, że ultras ze mnie kiepski, to wiedziałem, że ciężko mi będzie wytrzymać tyle czasu. Aby umilić sobie życie postanowiłem, że to przewyższenie będę sobie zbierać na Czantorii, konkretnie na stoku. No co? Przecież super tam jest - każdy kto tam podbiegał wie o czym mówię.
Żeby było jeszcze milej Kolega Mateusz postanowił, że też będzie biegać po tym stoku Czantorii. Przecież on bardzo biegowy jest.
Tak więc wyszło, że pojechaliśmy o 4:20 z Gliwic razem biegać po tej Czantorii w sobotę 13czerwca. Dlaczego nie w samo południe? A no żeby nie skończyć chwilę przed północą.
Po kawie na moim ulubionym Orlenie, po przepakowaniu się, po modlitwie ruszyliśmy do góry. Zaczęliśmy od zaniesienia małej ilości prowiantu za jedno z drzew, a później to już nie było wymówek. Pierwsze wejśćie poszło pięknie, drugie o dziwo też. Narzekaliśmy trochę na zbiegu, bo tam stromo i ślisko, a i palce ciut bolały. No ale ultra to ultra. Wszyscy mówią, że ma boleć, to biegaliśmy dalej. Nawet nie wiedziałem kiedy, a robiłem czwarte, a później piąte podejście.
Od samego początku było parno, później upalnie, a na końcu... czacha się gotowała. Tłumy napierały, ludzie rozbierali się z czego się tylko dało, a my już kolejny raz walczyliśmy pod górę. Mijając się z Mateuszem na stoku zawsze do siebie coś mówiliśmy, dodawało to trochę otuchy.
Najfajniej było usłyszeć coś miłego od ludzi wokoło. Moim faworytem był: patrz kochanie, nie tylko my umieramy. Rewelacyjnie - wchodziłem wtedy pod górę 8my raz, wyglądałem powoli jak trup, ale co tam ;)
Swój licznik zatrzymałem na 9ciu wejściach. Na 10te nie było najmniejszych szans, po prostu... NIE. Siadłem u góry na trawie w tłumie ludzi i czekałem na Mateusza. On wtedy kończył swoje 7me podejście i też powiedział, że wystarczy. Całą walka trwała 7godzin z małym okładem. Jak na NIEultrasa, to chyba całkiem nieźle było nabić 4000m przewyższenia w upale, na paskudnym (przepraszam) stoku Czantorii.
Całe wydarzenie to była świetna okazja do sprawdzenia głowy. Jestem zadowolony z wyniku tego testu, bo pomimo, że w innych częściach kraju padły o wiele lepsze wyniki, to ja nie jestem typem ultra i wysiłek przez tak długi czas to dla mnie wyzwanie. Teraz przygotowuję się do Tatra Skymarathonu. Będzie to mój pierwszy maraton od ponad roku, wierzę, że zrobię to nieco szybciej niż te 7godz.
Na koniec podziękowania dla Mateusza za świetny, ale nieco męczący dzień, dla Soni za wsparcie i dla wszystkich, którzy trzymali za mnie kciuki. Przeżyłem, wlazłem 9razy na górę stoku Czantorii i myślę, że jest to całkiem fajne osiągnięcie jak na zwykłego śmiertelnika!