Bieg 7 Dolin - VisegRun 35km


Festiwal Biegowy w Krynicy Zdrój co roku jest dla nas bardzo ważnym wydarzeniem. Przeniesienie się na 3 dni do tej biegowej krainy to gwarancja świetnej zabawy, wielkiej radości i ogromnych emocji. Rok po debiucie Soni w ultramaratonie, tym razem postanowiliśmy pobiegać szybciej i powalczyć na krótszym dystansie. Padło na polsko-słowackie 35km!

Do Krynicy pojechaliśmy w 3-osobowym składzie. Jak przed rokiem, dołączyła do nas Mama Soni. W tym roku miałem wrażenie, że lecimy, a nie jedziemy. Podróż zleciała mi błyskawicznie i już chwilę po 10:00 byliśmy na miejscu. Jako, że w tym roku byłem nastawiony na konkretną walkę na trasie, to bez większego zastanowienia od razu ruszyłem na mały rozruch na Górze Parkowej. Resztę piątku spędziliśmy na relaksie, jedzeniu i rozbijaniu jutrzejszego biegu na części pierwsze.
W sobotę rano nie byłem tak nerwowy jak zwykle. Sprawnie się zebraliśmy, wypiliśmy kawę, zobaczyliśmy start zawodów Nordic Walking (dopingowaliśmy Mamę!) i pojechaliśmy podstawionym busem do Mniszka nad Popradem na Słowacji. To właśnie tam był zaplanowany start tegorocznego biegu VisegRun.
Do startu 2 godziny, więc mogliśmy się spokojne przygotować. Najpierw sporo pogadaliśmy z napotkanymi znajomymi, a później poświęciliśmy kilkanaście minut na rozgrzewkę. Czułem, że jestem gotowy na dobre bieganie tego dnia i dość pewny siebie stanąłem na starcie. Obok mnie kilku świetnych zawodników, więc wiediałem, że będzie się działo.
Moją taktyką na ten bieg było w miarę spokojnie przetrwać do szczytu stoku narciarskiego za Wierchomlą, a później biec tak dobrze, jak tylko się da. Właśnie dlatego odpuściłem początkowe ściganie i biegłem w okolicy 10-12 miejsca, bo czołówka pędziła niesamowicie.
Konsekwentne realizowanie planu nie było proste. Pierwsze podejście lekko szarpałem, ale nie chciałem stracić kontaktu z zawodnikami z miejsc 6-9. Trzymałem się ich i czułem, że to tempo na razie bardzo mi odpowiada. Do pierwszego punktu dotarłem na 9tej pozycji i z bardzo dobrym samopoczuciem. Na punkcie spotkałem kilku znajomych, bo był on zorganizowany przez Rzeźników. Znajome twarze podładowały moje baterie!
Dalej był stok. Od samego początku podejścia zacząłem to podchodzić nieco mocniej, nieco agresywniej. Szybko awansowałem jedno oczko wyżej i zauważyłem, że uciekam wyprzedzonemu zawodnikowi w bardzo szybkim tempie.
Odpalam muzykę. Skupiam się na podchodzeniu i w mgnieniu oka dogadaniam kolejnego zawodnika. Postanawiam go nie wyprzedzać, wolałem siedzieć mu na ogonie i troszkę wyrównać sobie oddech. Wiedziałem, że nadchodzi czas na prawdziwe bieganie, więc korzystałem z ostatnich chwil na luzie (o ile można tak nazwać podchodzenie z tętnem 170).
Jesteśmy prawie na szczycie drugiego podejście. Teren się wypłaszczył i zaczynamy biec po łąkach. Dalej śledzę zawodnika przede mną i dwóch kolejnych widzę kilkaset metrów z przodu. Zauważam, że ten, który jest najbliżej mnie jest już mocno zmęczony - podchodzi każde, nawet najmniejsze wzniesienie.
Zaatakuję dopiero na tym ostrym zbiegu, a później już nie oddam tego miejsca - taka myśl kotłowała mi się w głowie. Gdy dotarłem do wspomnianego zbiegu przyszedł czas na atak.
Pędziłem w dół jak szalony. W ciągu minuty awansowałem o 3 miejsca i już byłem 6ty. Ku mojemu zaskoczeniu chwilę później wyprzedziłem kolejnego zawodnika i już byłem 5ty! Tego się nie spodziewałem, ale bardzo mi się to spodobało i w kierunku drugiego punktu ryszyłem z uśmiechem na twarzy. Przed nami dłuuuugi, mozolny, upierdliwy podbieg na Runek. Wiedziałem, że jeżeli chcę myśleć o fajnym czasie to muszę to podbiec, więc podbiegałem.
Minuty uciekały, a zawodnik, którego wyprzedziłem na końcu zbiegu śledził mnie jak cień. W pewnym momencie złapał mnie mini kryzys, ale szybko przepadł, bo na horyzoncie zobaczyłem świetnego Dariusza Marka!
Przechodził poważny kryzys i dzięki temu mogłem Go wyprzedzić i awansować na 4te miejsce. Sport jest brutalny, korzystamy na tym, że ktoś cierpi. Fakt wyprzedzenia tak znakomitego dla mnie biegacza podładował znów moje baterie na maksa. Do punktu docieram mega zadowolony, szybko uzupełniam płyny i pędzę na Runek.
Dalej zostaje już tylko zbieg, na którym z każdym krokiem biegnie mi się coraz lepiej i nawet nie wiedziałem kiedy, a już wbiegałem na metę na wspaniałym czwartym miejscu z czasem 2godziny i 54minuty!
Przyznam szczerze, że przed biegiem nawet przez myśl nie przeszło mi łamanie 3godzin. Moc była ze mną, a swoją radość mogłem dzielić z Teściową, która czekała na mnie z ciepłymi rzeczami!
Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Pomimo zmęczenia cieszyłem się strasznie z tego czwartego miejsca - wstrącę, że dało mi to także wygraną w mojej kategorii wiekowej, bo nagrody nie dublowały się z OPEN. Nasze humory poprawiły się jeszcze bardziej, gdy Sonia wbiegła na metę po 5godz i 15minutach! To aż o 40min szybciej niż przed 2 laty. Niesamowite jak dobry dzień mieliśmy w tej Krynicy!

Krynica znow dała radę. Dlaczego bieg poszedł tak dobrze? Bo nareszcie trzymałem się planu zarówno taktycznego, jak i żywieniowego. Nie dałem się wytrącić z równowagi i dzięki temu dotarłem na metę w świetnej kondycji. Mam nadzieję, że to zapowiedź mocnej jesienii! Ostatnie miesiące chyba zaczynają procentować :) !

PS Gratulacje dla wszystkich znajomych za świetne bieganie! Wyniki niektórych z Was powalają na kolana!