Debiut Soni w Ultramaratonie!


Różni ludzie poznają się w różnych okolicznościach, każdy ma swoje marzenia i cele, które chce zrealizować. Wiele z nich wymaga poświęceń, ogromnego wysiłku, pracy nad sobą miesiącami, a nawet latami. Dwa dni temu dotarliśmy z Sonią do miejsca, do którego biegliśmy ostatnie kilka lat. Czy było warto?

Prolog

Na początku trochę historii, bo jest ona tutaj ważna. Pierwszą rozmowę na żywo, w cztery oczy przeprowadziliśmy z Sonią właśnie nieopodal mety Biegu 7 Dolin w Krynicy. Poznaliśmy się kilka dni wcześniej na jednym z treningów. Sonia wielokrotnie powtarzała, że ta meta bardzo Jej się podoba, że kiedyś bardzo chciałaby przebiec ultramaraton właśnie tam. Od tamtego czasu napotkała większe lub mniejsze problemu, które ciągle Jej w tym przeszkadzały. W tym roku miało być jednak inaczej, tym razem miała pokonać wszystko, co stanie na Jej drodze i wbiec na metę.

Rytro - Piwniczna Zdrój

Pierwsze 30km tego biegu wspominam bardzo miło. Pomimo tego, że w nocy strasznie się nie wyspaliśmy, bo do Krynicy dotarliśmy dopiero o 22:00, to było czuć moc. Sonia bardzo sprawnie podchodziła w kierunku schroniska na Przehybie, a ja tylko obserwowałem co się dzieje. Wydawało mi się, że droga bardzo szybko nam ucieka i miałem rację, bo do pierwszego punktu kontrolnego dotarliśmy kilkanaście minut szybciej niż się spodziewałem. Nie kosztowało nas to także zbyt wielu sił, więc bardzo optymistycznie podchodziłem do dalszej części zawodów. Po szybkim posiłku udaliśmy się w kierunku Radziejowej i cały czas towarzyszyły nam doskonałe nastroje.
Sonia podczas biegu nie szuka głupich wymówek, nie narzeka na pierdoły. Betonowe płyty przed Piwniczną, na które narzeka większość biegaczy pokonała bez słowa. Odcinek asfaltowy, który prowadzi do pierwszego przepaku także. Po prostu spokojnie i konsekwentnie realizowała swój plan.

Piwniczna - Krynica, czyli jak tutaj przetrwać?!

Całe szczęście pogoda w tym roku nas oszczędziła i nie było upału. Do Piwnicznej tylko raz nas lekko zlało, a poza tym idealnie do biegania. W Piwnicznej na przepaku spędzilismy 7minut. Trzeba było uzupełnić płyny, wypić magnez, lekko odpocząć. Wiedzieliśmy, że ten bieg dopiero się zaczyna. Przed nami 2 bardzo solidne podejścia po betonowych płytach. Podejścia rodem z horroru dla biegaczy.
Tutaj sytuacja się powtarza. Sonia prosi o ciszę, skupia sie i po prostu idzie. Bez zatrzymania, krok za krokiem, do góry. Pierwsza góra pada nawet nie wiem kiedy. Zbiegamy i od razu znowu podchodzimy. Dopiero tam nastąpił ten moment! Zatrzymała się na ułamek sekundy, ale od razu ruszyła dalej i do samej góry już znowu się nie poddała. Ponownie zbiegamy i mamy przed sobą asfaltowy odcinek do kolejnego punktu. Biegniemy tam jako jedyni. Wyprzedzamy ze 20osób, które maszerują, bo asfalt psychicznie ich zabija.
Na podejściu stokiem narciarkim lekki kryzys. Całe szczęście szybko mija i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu do Szczawnika zbiegamy! Tam zaczynamy podejście w stronę Bacówki i pojawia się jedyny tego dnia poważniejszy kryzys u Soni. Maszerujemy.
Sonia się męczy, ale najbardziej chyba z wyrzutami sumienia, że nie biegnie tylko idzie. Niesamowite. Ja kontroluję czas, w zasadzie cały dzień robiłem tylko to, bo nigdzie indziej nie byłem potrzebny.
Z Runka zbiegamy w tym samym tempie, w którym zaczynaliśmy bieg. Idealnie rozegrane zawody. Po 11godzinach i 16minutach wpadamy na metę. Jesteśmy tam! Sonia to zrobiła!

Meta, radość, pizza!

Na mecie wita nas Soni Mama. Natychmiast dostajemy smsy z gratulacjami od Rodziny i Przyjaciół. Swoje emocje zostawię dla siebie. Napiszę tylko, że to świetne uczucie zrealizować razem po kilku latach coś, o czym rozmawiało się w zasadzie podczas pierwszej wspólnej rozmowy. Zmęczeni poszliśmy na pizzę, chyba bardzo zasłużoną! Każde marzenie da się zrealizować z uśmiechem na twarzy - serio :)
Dzień po biegu Sonia zastanawiała się czy złamie na tej trasie kiedyś 11godzin. Będzie powtórka :)

Zapis naszym zmagań :)