Plany na przyszłość 21 Historia zawodów 82 Blog 103 Tatry 40 / 110 Góry w Polsce 1 Góry na Świecie Projekty 2 Sprzęt Statystyki

Beskidzka 160 na Raty - Maraton górskich doznań


Długo czekałem na mój czwarty start w Beskidzkiej 160 na Raty. Wiązałem z tym biegiem wielkie nadzieje - miał to być mój test aktualnej formy, bez nadmiernego ciśnienia i z dobrą zabawą. Rzeczywistość kolejny raz okazała się jednak inna, a życie zrobiło mi 'wspaniały' kawał z okazji 1go kwietnia. Zamiast fajnego testu, wyszedł jeden z najczarniejszych dni mojego biegania. Najczarniejszy pod względem wyzwań, z jakimi przyszło mi się zmierzyć na trasie.

Nic nie zapowiadało takiej masakry. Nic, poza tym, że startuję znowu na Beskidzkiej, a tam zawsze jest ciekawie. Spodziewałem się walki i emocji, ale zupełnie innych. Początek biegu miałem idealny. Biegło mi się fajnie, ale ta bajka trwała całe 2km. Później coś się zaczęło dziać niedobrego. Na trzecim km poczułem coś dziwnego w brzuchu. Od razu wiedziałem, że to będzie problem. Mimo to do 10go km cisnąłem według planu. Tempo średnie poniżej 6min/km, samopoczucie bardzo dobre - tylko ten cholerny brzuch. Podejście pod Ostrego już z problemami. Czułem się coraz gorzej. Czekałem na ten piękny zbieg i jednocześnie zastanawiałem się czy mnie nie zabije. Jak się szybko okazało - zabił. Po zbiegu w brzuchu miałem jakby ogromną kulę z ołowiu. Przestałem biec, nie byłem w stanie. Od tego momentu zaczęła się prawdziwa walka o przetrwanie. Zacząłem od wizyty w krzaczorach. Niestety pomogło na dosłownie kilka następnych kroków. Zacisnąłem zęby i zacząłem po prostu powoli napierać do przodu. Po zdobyciu Małej Czantorii byłem już w dramatycznej sytuacji psychicznej. Odcinek do szczytu Wielkiej Czantorii ledwo pamiętam. Agonia to słowo, które najlepiej oddaje to, co wtedy czułem. W tym czasie wykonałem kilka telefonów, chciałem przekazać co u mnie. Zbiegając z Czantorii walczyłem z samym sobą bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Co chwilę musiałem robić przerwę, pozwalałem ustabilizować się sytuacji w moim brzuchu. Podejmowałem próby picia cola coli. Próbowałem pić mocno wstrząśniętą, wygazowaną - nic nie pomagało. W okolicy Soszowa byłem o krok od rezygnacji. W pewnym momencie podjąłem nawet decyzję o dobiegnięciu do Wisły i tam miałem zamiar się poddać. Na moje szczęscie, podczas zbiegu spotkałem kilku biegaczy. Jeden z nich polecił mi wizytę w sklepie i zakup nowej, zimnej coli. Trochę mnie to postawiło na nogi i na kolejnym podeściu lekko odżyłem. W tym czasie wymieniłem także kilka smsów z Przemkiem, który mnie doganiał.
Podczas kolejnej przerwy w krzaczorach podjąłem ostateczną decyzję. Miałem za sobą około 29km, zostało równo 20km do końca. Pomyślałem, że może dołączę do grupy, w której biegł Przemek i w ten sposób jakoś dociągnę do mety. Tak też się stało, a niespodzianką był fakt, że z Przemkiem jest także kolega Dawid, którego poznałem w 2015 roku na Piekle Czantorii. Wcześniej nie skumałem, że mogą być razem. Od tego momentu sytuacja znacznie się poprawiła. Rozpoczęła się wspaniała współpraca i wspólne walczenie o życie i metę. Do naszej paki dołączył jeszcze jeden biegacz i tak w czwórkę walczyliśmy z przeciwnościami. Były rozmowy, żarty, wymiana doświadczeń. Była też wzajemna pomoc - wymiana prowiantem, czekanie jeden na drugiego itd. Dawid miał problemy z kolanami, Przemek był po mocnym kryzysie, były też skórcze i wiele innych ciekawych przypadłości. Mimo wszystko staraliśmy się jakoś napierać. Każdy kilometr przybliżał nas do mety, a co ciekawe - zawsze zostawało ich 7! Tekst "7km do mety" padł dziś wiele, wiele razy. Za każdym razem tak samo poprawiał nam humor. Wyjątkiem był ostatni etap trasy, gdzie ciągle było "kilometr do mety". Po długich zmaganiach, w końcu dotarliśmy w okolicę słynnego kamieniołomu. Ściana kolejny raz nas zaskoczyła, Przemek 2-3razy ogłaszał, że to już ostatnie podejście, ale natura ciągle robiła sobie z nas jaja. Ostatecznie udało się i byliśmy na ostatnim zbiegu, już do samej mety. Nie wierzyłem, że to się dzieje, ale z drugiej strony... Mając takie towarzystwo problemy z jelitami to pikuś. Serdecznie dziękuję Panowie za pomoc na trasie. Bez Was to była misja nie do wykonania. Cali i szczęśliwi dotarliśmy pod budynek OSP w Goleszowie, gdzie była dziś meta. Zajęło nam to ostatecznie 8godz i 28min.

Tak mniej więcej wyglądał ten bieg z mojej perspektywy. Przez te kilka godzin nauczyłem się znowu bardzo dużo o sobie. Nareszcie nadszedł moment gdzie poważnie myślałem o zejściu z trasy. Uperdliwy, momentami cholernie mocny ból, był w stanie wywołać u mnie takie myśli. Nauczyłem się, że nawet jeżeli coś nas nie dotyczy, to nadal trzeba być na to przygotowanym. Nigdy nie miałem problemów z żołądkiem czy jelitami (nie mówię tu tylko o bieganiu, ale ogólnie), ale po tym wydarzeniu nie wybieram się nigdzie bez Nospy. Kolejną sprawą jest ilość picia. Doskonale wiem ile mniej więcej potrzebuję na każdy dystans. Wczoraj jednak dostałem po uszach. Niesamowicie się odwodniłem podczas tych wszystkich przygód, no i efekt był taki, że płynów miałem ze sobą zbyt mało. Lepiej zabrać chyba troszkę więcej, niż zakładać, że wszystko pójdzie po naszej myśli. Niby to takie proste i banalne stwierdzenie, ale przed biegiem jakoś nikt nie jest chętny lecieć X godzin z dodatkowym bagażem na plecach. Nieocenioną pomocą w kryzysowej sytuacji jest "telefon do przyjaciela". Pogadałem wczoraj trochę z Sonią, Mamą oraz Siostrą. Polecam serdecznie, praktykuję regularnie :)
Uczę się powoli tego biegania po górach. Jak widać jeszcze mało wiem, ciągle mnie coś zaskakuje. Musi upłynąć trochę czasu, doświadczenie musi wejść na odpowiedni poziom, aby unikać wszelkich nieprzyjemności.

Na koniec ogromne brawa dla organizatorów. Beskidzka 160 na Raty to punkt obowiązkowy mojego kalendarza biegowego. Kolejny raz było niesamowicie. Pomimo wszelkich problemów na trasie podziwiałem wspaniałe widoki, za całość dostałem wyjątkowy medal, a w mojej głowie znowu zostały wspomnienia na lata. Dzięki, że pozwalacie nam realizować naszą pasję w tak wyjątkowy sposób. Mam szczęście, że u Was zawsze coś mi się przytrafia. Chyba powoli mogę powiedzieć, że nauczę się tego biegania na Waszych imprezach :) Obowiązkowo wracam w listopadzie, na moje ulubione Piekiełko :)
 

Zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku.

Zostaw mi komentarz! Będę bardzo wdzięczny ;)