7. Memoriał Wojtka Kozuba


Memoriał Wojtka Kozuba to dla mnie przede wszystkim dowód na to, że organizacja biegu to też sztuka. Rok temu niestety nie mogłem wystartować, całe szczęście w tym już dałem radę tam dotrzeć. Kolejne prawie 14km bajecznej zabawy za mną. Zapraszam na relacje z nauki latania.

Do Zawoi dotarliśmy z Sonią w doskonałych humorach. Otaczała nas piękna przyroda, zapowiadał się słoneczny weekend i można było podziwiać złotą polską jesień. Już po drodze mówiłem Soni, że Babia dziwnie na mnie działa. Może to przez nią miałem aż tak dobry nastrój?
Centrum dowodzenia światem było usytuowane w klimatycznej Karczmie Dzika Chata. Od samego początku byliśmy pod wrażeniem obsługi. Wszystko poszło bardzo sprawnie i mogliśmy się udać w dalszą podróż na Krowiarki, bo to właśnie tam miał miejsce start biegu. Zanim jednak przeszliśmy do tego, co tygryski lubią najbardziej, czekało nas 3 godziny robienia czegokolwiek.
Długo nie myśląc udaliśmy się na spacer i zrobiliśmy małą drzemkę w aucie. O ile ta druga czynność nie jest pasjonująca, tak pierwsza była niesamowita. Jesień na Babiej to nie tylko spektakularne kolory, ale także niesamowite grzyby, które można podziwiać właściwie na każdym kroku.
Przejdźmy jednak do biegu, bo to nie blog grzybiarski. Co do poczatku to powiem krótko: spaliłem to od razu. Wdałem się w jakąś chorą grę z czołówką tego biegu i szybko pożałowałem. Postanowiłem zwolnić i trzymać się około 8 pozycji. Tempo zaczęło mi odpowiadać i powoli dochodziłem do siebie. Do ataku na osoby przede mną wróciłem na podejściu na Przełęcz Brona. Tam udało mi się wskoczyć na 6 pozycję i iść łeb w łeb ze znajomym biegaczem Mariuszem. Stan ten utrzymywał się jeszcze krótko po minięciu przełęczy.
Następny etap biegu to coś nowego w mojej biegowej przygodzie. Jednym zdaniem mogę to opisać tak: starałem się nie odlecieć. Wiedzieliśmy już przed biegiem, że na Babiej wieje. Było to nawet widać na Krowiarkach. Problem polega na tym, że człowiek jako bardzo prosta istota ma różne wyobrażenia na temat tego, że... wieje. Każdy chyba poczuł kiedyś silny wiatr we włosach. Ja też poczułem, ale definicja stwierdzenia: silny wiatr, znowu mi się zmieniła.
Cały odcinek na szczycie jedną ręką trzymałem numer, a drugą robiłem osłonę wokół ust żeby móc w ogóle oddychać. Podczas tego kabaretu wspinałem się na szczyt i wyprzedzałem/omijałem tłumy turystów, którzy byli tak samo zdziwieni tym, że my w tych warunkach tam biegniemy, co my.
Dalej został prosty zbieg z Babiej. Prosty, bo po walce z tym wiatrem już nic nie mogło być trudne. No może spotkanie z niedźwiedziem byłoby jakimś wyzwaniem. Omijanie turystów należało jednak do czynności bardzo przyjemnych, bo odbywało się w lesie i daleko od tej wichury. Zbiegało mi się tak dobrze, że jeszcze awansowałem na 5 miejsce open.
Po godzinie, 13minutach i 2sekundach wpadłem na metę. Pierwszy w swojej kategorii. Powitany przez Sonię, po tej chorej walce z naturą, bardzo szczęśliwy, że już mam to za sobą. Po wielu miłych rozmowach podjechaliśmy do karczmy, gdzie czekało mnie pudło, które w tym roku jakoś tak wyjątkowo mnie lubi. Mam nadzieję, że tak zostanie na następne lata. Tylko niech ten wiatr też zostanie, bo w sumie to było fajnie.
Obsada biegu była kosmiczna. Spodziewałem się kilku czołowych biegaczy, ale nie aż tylu. Jak się ścigać to z najlepszymi! Gratulacje dla wszystkich pokonania Babiej i jej kaprysu. Dzięki za miłe rozmowy i Soni jak zwykle za towarzystwo. Nadal nie mogę wyjść z podziwu, że masz tyle cierpliwości do tej zabawy w bieganie.
Na koniec czapki z głów dla orgów. Jesteście niesamowici w tym, co robicie. Tworzycie taką aurę wokół tego biegu, że chce się do Was wracać co tydzień. Róbcie dalej dobrą robotę! Dzięki!

Moje zmagania z Babią