Upalny 2. Bieg Świętego Dominika


Po sporych zmianach w moim podejściu do biegania powoli wracam do startowania w zawodach. Skoro postanowiłem się jeszcze trochę pościgać, to trzeba ten plan realizować i startować na dystansach, które na to pozwalają. Przeglądając kalendarz trafiłem na ciekawy bieg w Ustroniu. Płaska dyszka w tamtych stronach to coś niespotykanego, więc postanowiłem spróbować swoich sił.

Dlaczego znowu płaska dyszka? Za dwa tygodnię biegnię terenowy półmaraton i stwierdziłem, że będzie to świetny start kontrolny. Wczoraj przekręciłem 63km na rowerze w dość mocnym dla mnie tempie. Po drodze wyjechałem na Górę Żar, więc trening był naprawdę konkretny. Wszystko było zaplanowane - dyszka miała być robiona na zmęczeniu.
Na linii startowej stanęliśmy dopiero o 15:00. Żar lał się z nieba i wiedziałem, że czeka mnie ciężka przeprawa. Od samego początku ruszyliśmy dość mocno. Po pierwszych 200m skręcaliśmy ostro w prawo, tam ostatni kontakt wzrokowy z Sonią i wybiegliśmy na drogi Hermanic.
Jeden z zawodników z Alpin Sport Team mocno wyrwał do przodu. Postanowiłem trzymać się swojego tempa i w ten sposób prowadziłem grupę pościgową, która składała się z 3-4osób. Taki stan rzeczy utrzymywał się mniej więcej do końca drugiego kilometra. Wtedy asfalt zamienił się w szutr, a ja spadłem na trzecią pozycję.
Nagle zauważyłem, że powoli doganiamy pierwszego zawodnika. Widać było, że mocne tempo narzucone na początku wyścigu zbiera teraz swoje żniwo. Postanowiłem iść w ślady zawodnika przede mną i zaatakowałem razem z nim. Dzięki temu przesunęliśmy się oboje o jedno miejsce i biegłem na drugiej pozycji.
Dalsza część trasy prowadziła nad Wisłą. Powoli zbliżaliśmy się do trudniejszego fragmentu, a sił ubywało w niesamowitym tempie. Upał powoli nas wykańczał, ale moim celem było po prostu to wytrzymać i dobiec na drugiej pozycji.
Po wielu niekończących się minutach udało się! To była bardzo fajna rywalizacja! Sukces smakował bardzo dobrze, tymbardziej, że na mecie czekała na mnie Sonia.
Jak już udało mi się dojść do siebie sprawdziłem swój czas. Nie byłem z niego zadowolony, bo zegarek pokazał 36:39. Mogło być lepiej, ale pogoda dyktowała dziś swoje warunki. Poprawię się przy następnej okazji, a dziś pocieszę się, że udało mi się przetrwać i utrzymać do końca fajną pozycję. Jest to dobry prognostyk na następne starty :)
Na koniec podziękowania dla Soni, która jak zwykle była dla mnie wielkim wsparciem. Przesyłam także pozdrowienia dla kolegi Pawła, który odwiedził nas zaraz po biegu. Świetnie było się zobaczyć i pogadać! Pozdro!