10. Silesia Marathon w doborowym towarzystwie


Juz w kwietniu, po naszym rodzinnym maratonie, obiecałem Siostrze support na kolejnym podejściu do królewskiego dystansu. Życie jak zwykle było łaskawe i padło na dzień po wymagającym starcie na Babiej.

Smutny fakt maratonu na zmęczonych nogach jakoś psychicznie mnie nie męczył. Wszystko dlatego, że jestem w trakcie przygotowań do Piekła Czantorii, więc to nawet lepiej, jak się teraz trochę pomęczę. Nie za dużo tej męki? Nie, bo biegliśmy maraton na Śląsku.
Jednym z istotnych plusów tego szaleństwa była paczka, z którą udawałem się w tą niesamowitą podróż pośród śląskich familoków. Biegłem z Olgą, Markiem i kolegą Mateuszem, z którym miałem już przyjemność walczyć w tym roku na Babiej Górze. Znowu ta Babia...
Sam bieg rozpoczął się bardzo ciekawie. Centrum Katowic i niewiadomo kiedy uciekające kilometry. Każdy biegł z inną motywacją, ale wystarczająco dobrze wyrysowaną na twarzy, aby czuć powagę tego dnia.
Byłem pod wrażeniem pozytywnego nastawienia mojej Siostry i skupienia Marka na zadaniu. Mateusz czuwał nad odpowiednim tempem, fajną atmosferą i miłą rozmową. Wszysto szło w sumie doskonale, a naszym jedynym zadaniem było poruszać się do przodu. Brzmi prosto, ale uwierz mi - nie jest.
Prawdziwa zabawa zaczęła się jak zwykle za trzydziestym kilometrem. To tam zapadła niezręczna cisza. Zaczęło sie bardzo delikatne narzekanie i bieg tylko głową. Nogi już dawno powiedziały nam dość, ale nie mieliśmy zamiaru z nimi negocjować. Była do zrobienia robota i na tym się skupiliśmy.
Trasa biegu w mojej opinii nie było zbyt ciekawa. Początek był obiecujący, niestety później biegaliśmy po nieco mniej atrakcyjnych terenach. W sumie może to i lepiej, bo nic nas nie rozpraszało. Kiedy wbiegliśmy do Parku Śląskiego wiedziałem, że to już musi się udać. Meta w Kotle Czarownic niesamowita. Wbiegliśmy na nią po 4godzinach 19minutach i 33sekundach. Po drodze spotkaliśmy wielu znajomych, przeprowadziliśmy wiele rozmów na przeróżne tematy, a na końcu zrealizowaliśmy swoje marzenia. Maraton to coś więcej niż bieg. Nam udało się przy okazji osiągnąć naprawdę dobry czas.
Widok Marka witanego przez Rodzinę, Olgi, która dała z siebie więcej niż 100%, Soni, która ZNOWU czekała na mnie na mecie i wreszcie Mateusza, który przebiegł ten maraton jak profesor, jest niesamowity! Nie widzę sensu pisania niczego więcej. Kolejny raz dane mi było uczestniczyć w walce ludzi, z ich słabościami, kolejny raz sam z nimi walczyłem. Maraton zmienia człowieka, niech zmienia mnie jeszcze wiele razy. Dzięki wszystkim za dzisiejszy dzień, kawał dobrego biegania za nami! Wiele nowych, fajnych emocji z nami :)

Zapis tego maratonu ;)